Rozdział 1: Tunel Umarłych i Nowy Hedonizm
– Jeśli jeszcze raz powiesz mi, że to ma „dobrą energię”, wysiądę i dam się rozjechać pociągowi relacji Piwniczna-Krynica – mruknął Leo, ostro ścinając zakręt na morderczym, stromym odcinku drogi wojewódzkiej DW971. Opony jego auta zaryczały na rozgrzanym asfalcie, balansując na krawędzi głębokiego jaru, na dnie którego przetaczały się czarne, spienione wody Popradu. Leo skrzywił się, gdy w prawym kolanie – pamiątce po zerwanych więzadłach z czasów, gdy jako obrońca twardo rozstawiał rywali po bandach – uderzyła fala tępego bólu. Maja zaśmiała się drapieżnie, głęboko zaciągając się papierosem i strzepując popiół prosto na tapicerkę, ignorując fakt, że właśnie minęli tablicę informującą o wjeździe w strefę ochrony uzdrowiskowej "A".
Pędzili przez mrok, w którym asfalt szosy DW971 wił się jak wściekły wąż. Ta droga od zawsze budziła respekt – stroma, zdradliwa, regularnie nawiedzana przez lawiny błotne i katastrofalne osuwiska ziemi, które po każdej większej ulewie demolowały infrastrukturę i odcinały Żegiestów od reszty świata, grzebiąc pod zwałami błota marzenia o idealnym, spokojnym kurorcie.
– Leo, kochanie. Żegiestów-Zdrój to nie jest energetyczny kryształ dla alternatywek szukających spokoju ducha na jogowych turnusach. To monumentalne, architektoniczne cmentarzysko, które od 180 lat karmi się ludzkim dramatem, sekretami i historiami, od których włosy stają dęba. Spójrz na tę górę.
Reflektory auta omiotły czarną, niemal pionową ścianę lasu, z której ziała przerażająca, betonowa paszcza. Wlot do legendarnego tunelu kolejowego w Żegiestowie. Genialne inżynieryjne dzieło z lat 70. XIX wieku, które stanowiło dumę austro-węgierskich projektantów, kryło w sobie najgorszą, brutalnie przemilczaną tragedię tego regionu. Podczas drążenia góry w XIX wieku potężny strop nagle runął, grzebiąc żywcem pod tonami skał, ziemi i błota od 120 do 126 robotników, wraz z 23 wozami konnymi. Wiedeńskie konsorcjum finansowe i austriackie władze, przerażone stratami i skandalem, nakazały milczenie. Akcję ratunkową przerwano po zaledwie 7 dniach, zostawiając konających w potwornych męczarniach ludzi pod ziemią. Nową nitkę tunelu puszczono nienaturalnym, ostrym łukiem, żeby tylko omijać gigantyczny zawał, w którym do dzisiaj, za grubą ścianą skalną, gniją kości tamtych robotników. Sto lat później horror powrócił – w 1939 roku wycofujące się Wojsko Polskie wysadziło ten tunel, a w 1945 roku uciekający Wehrmacht powtórzył ten rzeźnicki krok, niszcząc linię kolejową i grzebiąc w rumowisku kolejne sekrety.
Zaczynali swoją podróż właśnie tutaj. Plan na ich projekt był bezlitosny, skrojony pod brutalne algorytmy i ich własne, spalone warszawskim pędem, znudzone życie: 48 polskich uzdrowisk. Żegiestów na pierwszy, najcięższy ogień. Meta? Augustów. Po drodze? Cały brud, seks, afery, narkotyki, zdrady i dewiacje ukryte za luksusową fasadą leczniczych wód mineralnych i zabiegów borowinowych.
Przemyt, legendy i czarny rynek
Zatrzymała ich noc na Łopacie Polskiej – specyficznym, odciętym od świata półwyspie otoczonym przez rzekę Poprad, która rwie nurt i stanowi naturalną, kapryśną granicę ze Słowacją. Mgła podnosząca się z wody była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Poprad od wieków był rajem dla wyjętych spod prawa. To tutaj w dawnych stuleciach organizowano tajne spotkania zbójników, którzy w gęstych, nieprzebytych lasach nad Żegiestowem dzielili złote łupy i gwałcili porwane córki bogatych kupców.
W czasie II wojny światowej szlak ten przejęli kurierzy tatrzańscy, ryzykując życie na zamarzniętej rzece, a tuż po wojnie rozegrał się tu krwawy, rozrywający serce dramat przymusowych wysiedleń ludności łemkowskiej w ramach akcji „Wisła”. Łemkowskie rodziny uciekały w popłochu, porzucając swoje domostwa, cerkwie i całe dotychczasowe życie. W pośpiechu, nocami, zakopywali w leśnej ziemi i pod podłogami chlewów nieodnalezione do dziś kosztowności, rodowe srebra, monety oraz bezcenne, zaginione ikony sakralne. Współcześni poszukiwacze skarbów do dziś ryją nocami zbocza gór z wykrywaczami metalu, szukając tych depozytów oraz skrzyń, które rzekomo Niemcy z Wehrmachtu ukryli pod koniec wojny w zasypanych piwnicach i tajnych przejściach pod starymi, opuszczonymi willami, gdy uzdrowisko zostało przejęte przez III Rzeszę i zamienione w wojskowy szpital polowy. Wokół dawnej, zniszczonej cerkwi do dziś krąży mroczna legenda o przeklętym miejscu, z którego nocą słychać płacz dzieci, oraz o zabytkowych dzwonach świątyni, które miały zaginąć bez śladu, zatopione w bagnistym starorzeczu.
Przy czarnych ruinach dawnej pijalni mineralnej „Anna”, tuż nad brzegiem szumiącej rzeki, Maja i Leo spotkali Igora i Kamila. Chłopaki mieli po dwadzieścia kilka lat, drogie techniczne kurtki Arc'teryx i butelkę rzemieślniczego ginu potężnie doprawionego amfetaminą. Igor studiował architekturę i pisał pracę o upadku modernizmu, a Kamil był lokalnym eksploratorem i szmuglerzem uwikłanym w fikcyjny, podziemny biznes przerzutu towarów przez graniczną wodę. Leo, ze swoją postawną, hokejową sylwetką, górował nad nimi w mroku, trzymając aparat z nonszalancją, która od razu wzbudziła ich respekt.
– Myślicie, że uzdrowisko to geriatria, podstarzali kuracjusze w ortopedycznych butach i picie obrzydliwej wody o zapachu siarkowodoru? – zaśmiał się Igor, bezczelnie wsuwając dłoń pod bluzę Kamila i gładząc jego brzuch, podczas gdy Leo robił im zdjęcia z bliska z ostrym, oślepiającym fleszem. Kamil odchylił głowę, zaciskając palce na ramieniu Igora, po czym wbił się w jego usta w głębokim, pełnym narkotycznego amoku pocałunku. – Prawda jest taka, że to, co najlepsze, dzieje się po zmroku. Ta rzeka chłonie wszystko: nielegalny towar, koks, papierosy bez akcyzy ze Słowacji. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana w „Wiktorze”. Kamil pociągnął potężny łyk ginu z butelki i wskazał palcem w górę, gdzie nad koronami czarnych drzew majaczyła potężna, monumentalna bryła Sanatorium „Wiktor”. Geometryczny, modernistyczny potwór z lat 30., przypominający luksusowy statek pasażerski wciśnięty w beskidzką skałę.
– Prawdziwe, chore rzeczy dzieją się tam, w budynkach na wzgórzu. Te lasy wokół Żegiestowa od lat rodzą legendy o zaginionych turystach, których służby szukają tygodniami, odnajdując tylko puste namioty albo porzucone plecaki. W opuszczonych, zdewastowanych pensjonatach, które popadły w ruinę po nagłym upadku uzdrowiska w latach 90., nocami słychać niewyjaśnione odgłosy, kroki i trzaskanie drzwi. Miejscowi wierzą, że to duchy dawnych kuracjuszy wracają do swoich dawnych łóżek, szukając spokoju.
Szampan, amfetamina i stara elita
O pierwszej w nocy Maja i Leo, prowadzeni przez Kamila i Igora, przedostali się przez dziurę w płocie i wkręcili na zamknięte, prywatne party, organizowane w surowych, betonowych przestrzeniach rewitalizowanego Domu Zdrojowego. Kontrast porażał zmysły i wypalał gałki oczne – luksusowe neony, przedwojenny, surowy modernizm, potężna ściana basu z głośników i gęsty zapach drogich stymulantów zmieszany z wilgocią, grzybem i piwnicznym pyłem starych murów. Pod odrapanymi ścianami stały skrzynki najdroższych alkoholi, a tuż obok nich gliniane dzbany wypełnione lodowatą wodą mineralną z lokalnego źródła. Niezwykłe, lecznicze właściwości tych wód mineralnych, które dawne legendy przypisywały siłom nadprzyrodzonym i cudownemu uzdrowieniu przez św. Annę, tej nocy służyły jako idealny podkład pod imprezowy miks. Uzdrowiskowa woda rozpalała zmysły, działała na ludzi jak potężny afrodyzjak, zdejmując z nich wszelkie resztki moralności.
To tam, w oparach dymu, Maja poznała Grażynę. Grażyna miała 62 lata, gigantyczny majątek odziedziczony po zmarłym potentacie paliwowym i ciało perfekcyjnie wyrzeźbione w najdroższych europejskich klinikach medycyny estetycznej. Miała idealnie naciągniętą skórę na brzuchu, wąską talię i gigantyczne, sztuczne cycki, które bezwstydnie prężyły się i niemal rozrywały materiał przezroczystej, jedwabnej bluzki. Przyjechała do Żegiestowa oficjalnie „na inhalacje”, ale w rzeczywistości to ona finansowała to podziemie hedonistyczne i szukała młodej, świeżej krwi. Jej drapieżny wzrok szybko padł na 19-letnią barmankę z Nowego Sącza – dziewczynę o magnetycznym, imprezowym spojrzeniu, wąską talią i ciasnym ciałem schowanym pod ultra krótką, lateksową spódniczką.
Maja, jako biseksualna, pozbawiona hamulców bestia, nie zamierzała stać i patrzeć. Między trzema kobietami błyskawicznie wytworzyło się gęste, zwierzęce napięcie. Alkohol, czysty szampan i amfetamina wymazały jakiekolwiek granice przyzwoitości. Grażyna bez ostrzeżenia złapała Maję za włosy, przyciągając jej usta do swoich w brutalnym, pełnym śliny pocałunku, podczas gdy jej druga dłoń, ozdobiona diamentowymi pierścieniami, powędrowała prosto pod spódniczkę 19-letniej dziewczyny.
W ciemnej, bocznej loży, tuż pod surową betonową kolumną, rozpoczęła się dzika, wyuzdana lesbijska orgia. Młoda barmanka, całkowicie odurzona imprezowym klimatem, usiadła okrakiem na kolanach 62-letniej Grażyny, a ich ciała zlały się w jedno. Maja zsunęła lateks z bioder nastolatki, szeroko rozchyliła jej uda i palcami zaczęła bezwzględnie badać jej mokrą, pulsującą cipę. Dziewczyna głośno jęczała, wyginając się w łuk, wpychała sobie własne palce do ust i uprawiała agresywną, publiczną masturbację, kompletnie nie przejmując się gapiącymi się na nią ludźmi. Grażyna, charcząc z rozkoszy, rozdarła swoją jedwabną bluzkę, uwalniając wielkie, nabrzmiałe piersi z ciemnymi sutkami, po czym chwyciła butelkę szampana i wylała alkohol na klatkę piersiową nastolatki, zlizując go łapczywie wraz z potem i resztkami rozsypanego pudru.
Leo, ukryty w cieniu architektonicznego filaru, nie opuszczał aparatu. Jego bary blokowały widok postronnym ciekawskim, dając dziewczynom pełną osłonę. Strzelał serię za serią, a mocny flesz rozświetlał pot, nagą skórę, rozchylone usta, jędrne cycki, palce wbijające się w ciało i ten cały, totalnie pojebany, czysty hedonizm, który dział się w murach pamiętających przedwojenną elitę. Grażyna, ciężko dysząc i zaciskając dłonie na biodrach Mai, krzyczała prosto w jej ucho, próbując przekrzyczeć dudniący bas:
– Moja droga! Przed wojną, w 1938 roku, dokładnie w tych samych pokojach żony ministrów i dyplomatów pieprzyły się z młodymi oficerami, artystami i lokalnymi lesbijkami! Piły szampana, wciągały eter i miały w dupie fakt, że nadchodzi krwawy koniec świata! W pobliskiej Smoczej Jamie krążą opowieści o potworze mieszkającym w jaskini, ale prawdziwe, krwiożercze bestie rodzą się w nas, kiedy gasną światła i puszczają hamulce! Ziemia w Żegiestowie jest przesiąknięta spermą, krwią, strachem i czystą ekstazą! My nie robimy nic nowego! My tylko kontynuujemy tę piękną, mroczną tradycję!
Zabawa błyskawicznie rozlała się na ukryte piwnice i zasypane, podziemne przejścia, które według miejskich legend miały łączyć sanatoria z dworcem kolejowym. W tych ciemnych korytarzach warszawska i lokalna elita bawiła się w absolutną destrukcję. Ktoś w kącie uprawiał brutalny seks, ktoś inny brał grube kreski stymulantów bezpośrednio z brzucha rozbawionej dziewczyny, a zdezorientowani kuracjusze, którzy zabłądzili z wyższych pięter, dawali się wciągać w grupowe zabawy, zdejmując ubrania i maski porządnych obywateli. Wszystko działo się na granicy całkowitego obłędu, w oparach alkoholu i nocnego ryzyka.
ADiEU, Żegiestów. Kierunek: Złockie
O świcie gęsta, biaława mgła nad Popradem zaczęła rzednąć, odsłaniając geometryczne, surowe linie Sanatorium „Wiktor”. Leo stał na balkonie luksusowego apartamentu, wznoszącego się nad przepaścią, paląc ostatniego papierosa. Rozmasował bolące kolano – pamiątkę po dawnym hokejowym meczu, w którym bezlitosne uderzenie o bandę zakończyło jego karierę, na zawsze wyrzucając go poza nawias zawodowego sportu. Patrzył na wijącą się poniżej czarną, złowrogą wstęgę rzeki, która przez dekady topiła sekrety i historię nagłego upadku jednego z najpiękniejszych polskich uzdrowisk.
Maja leżała na łóżku tuż za nim. Była całkowicie naga, skrajnie wyczerpana całonocnym, erotycznym maratonem, z rozmazanym czarnym makijażem wokół oczu. Pachniała drogimi perfumami Grażyny, rozlanym alkoholem, potem i seksem. Na jej wewnętrznej stronie ud wciąż widniały czerwone ślady po paznokciach młodej barmanki z Nowego Sącza, a na prześcieradle leżały porzucone, puste woreczki po imprezowych specyfikach.
W dole, na krętej szosie DW971, nagle pojawiły się służby techniczne. Kolejne osuwisko ziemi wywołane nocną ulewą zablokowało drogę, a rzeka Poprad znowu zaczęła wzbierać, grożąc zalaniem niżej położonych budynków. Natura, dokładnie tak samo jak ludzie tej nocy, próbowała rozszarpać to miejsce na strzępy, zniszczyć resztki cywilizacji i porządku.
Żegiestów-Zdrój dał im dokładnie to, po co przyjechali na ten pierwszy, szalony przystanek – potężne, brutalne uderzenie historii, opowieści o robotnikach uwięzionych w tunelu, mrocznych legend o Łemkach i nowoczesnego, bezkompromisowego hedonizmu, który rozsadzał tradycyjne myślenie. To nie był skansen dla emerytów. To był żywy, pulsujący grzechem, historią i płynami ustrojowymi organizm.
Leo odpalił laptopa, połączył się z siecią, wszedł do panelu administracyjnego strony i wrzucił na główną stronę ich serwisu surowe, czarno-białe zdjęcie czarnej, przerażającej paszczy tunelu kolejowego, zmiksowane w brutalny kolaż z artystycznymi kadrami przedstawiającymi nagość, wolność i zatracenie minionej nocy. Dodał krótki, bezczelny tekst, który miał odpalić internetowy lont i stać się totalnym viralem:
„Przystanek 1 z 48. Żegiestów-Zdrój. Powiedzieliśmy adieu grzecznej, pruderyjnej i nudnej Polsce. Pod naszymi stopami leżą kości ponad stu robotników zasypanych żywcem, w czarnych lasach wokół gniją zakopane ikony Łemków, a surowa natura odcina nas od świata osuwiskami ziemi. Tymczasem nowa elita szuka zatracenia, pije wodę z cudownego źródła św. Anny i pieprzy się w podziemnych ruinach dawnego imperium uzdrowiskowego, mając głęboko w dupie jutrzejszy dzień i jakiekolwiek zasady. Czas zamknąć te drzwi.”
Leo zatrzasnął laptopa i spojrzał na rozbudzającą się Maję, która przeciągała się leniwie na zmiętej pościeli.
– Zbieraj się, młoda – powiedział, rzucając w jej stronę skórzaną kurtkę. Jego sylwetka rzucała długi cień na ścianę pokoju. – Koniec żałoby po Żegiestowie. Pakujemy sprzęt do auta. Następna stacja na naszej czarnej liście to uzdrowisko ukryte w cieniu Jaworzyny Krynickiej. Ruszamy do Złockiego.
– Słyszałam o tym miejscu – Maja usiadła, mrużąc oczy, a uśmiech znowu wykrzywił jej usta w drapieżnym grymasie. – Dzika dolina, mofety, z których syczy zabójczy dwutlenek węgla, i stare cerkwie, gdzie nocami ludzie odprawiają dziwne rytuały. Ponoć w tamtejszych luksusowych hotelach spa bogaci kuracjusze zlecają rzeczy, o których nie śniło się warszawskim agencjom towarzyskim.
Leo, odpaliwszy silnik auta, poczuł jak adrenalina znów uderza mu do głowy, a ból w kolanie powoli mija pod wpływem ekscytacji. Wyjechali ze strefy Żegiestowa, kierując się serpentynami prosto w stronę nowej, nieznanej nocy. Złockie już na nich czekało...
